Wszystko przez tych chodarusów. Gdyby nie oni, Ania była by pewnie dzisiaj stateczną nauczycielką, przykładną żoną i mamą, a nie włóczyłaby się po różnych stadionach i bieżniach. Odwiedzałaby w niedziele rodziców, mieszkałaby przecież gdzieś w mieście, na jakimś blokowisku, a gdyby na majętnego męża trafiła – urody jej przecież nie brakuje – to pewnie w wilii, albo domku jednorodzinnym, wspólnie do kościoła na mszę podczas tych wizyt z rodzicami chodziła. Ale nie, ona wolała w dzieciństwie z równymi jej wiekiem podrostkami wojować. No to ma teraz za swoje. Przychodzi jej nad przeszkodami przeskakiwać.
-Bo to było tak, ze strasznie lubiłam z chłopakami się bawić – tłumaczy Anna Wojna, mieszkanka Łużnej, 22-letnia pannica, najlepsza w Polsce w młodzieżowym długodystansowym bieganiu zawodniczka maleńkiego ULKS Lipinki.
-Oni – wręcz przeciwnie. Ciuciubabka, albo podchody z dziewczynami wstydu im przydawały. No to uciekali przede mną. A to do lasu, a to gdzieś na łąki, a to na łużniańskie wzgórza. Ja ich goniłam. Jakoś tak to gonienie polubiłam, że w krew mi weszło. I płynie z nią do dzisiaj.
***
Przed miesiącem podopieczna trenera Tomasza Świerzowskiego została mistrzynią kraju w biegu na 3 tys. Metrów z przeszkodami w kategorii do lat 23. Zawody rozgrywane w Grudziądzu miały uroczysty charakter, sportowcy potraktowali je bardzo prestiżowo. Do rodzinnego miasta nieodżałowanej pamięci Bronka Malinowskiego przyjechał nawet Artur Noga. Ten sam Noga, który zaledwie kilkanaście dni wcześniej w olimpijskim finale w biegu na 110m przez płotki jako jedyny biały ciemnoskórym sprinterom dzielnie czoła stawiał, metę na piątym miejscu osiągając. Ania złoty medal właśnie w Grudziądzu wywalczony na pierwszym miejscu wśród swych dotychczasowych zdobyczy stawia. Chociaż tak prawdę powiedziawszy, to większą radość sprawił jej pierwszy występ na międzynarodowej arenie.
-To był rok 2004 i mistrzostwa Europy w przełajach, rozgrywane w niemieckim Heringsdorfie – wspomina lekkoatletka. –Na 96 konkurentek byłam 48., a drużynowo uplasowałyśmy się na szóstym miejscu. I nie byłoby w tym zupełnie nic poruszającego, gdyby nie fakt, że w dniu zawodów miałam za sobą zaledwie cztery miesiące prawdziwego treningu. Ale żeby o tym opowiedzieć, cofnąć się musze o kilka lat wstecz.
***
O tym, że za bieganiem przepadała od dzieciństwa, już wspominała. Że upodobanie trwało, wraz z dorastaniem wręcz przybierało na sile, można się domyślić. Nikt w kraju o talencie Ani jednak by nie usłyszał, gdyby nie Viola Kołodziejczyk. Też biegaczka, tyle tylko, że wcześniej od swej gimnazjalnej koleżanki regularnych ćwiczeń u trenera Świerzowskiego smakująca.
- To ona namówiła mnie, żebym wybrała się do klubu w Lipinkach – przyznaje nasza rozmówczyni. –Długo się opierałam. Miałam przecież swoje obowiązki rodzinne, musiałam się opiekować młodszym rodzeństwem.
Warto w tym momencie zaznaczyć, że Tata ani- Piotr i mama – Danuta uszczęśliwili ją trzema braćmi i taką samą ilością siostrzyczek. Marcin ma dzisiaj 24 lata, Łukasz – 23, Piotr junior -12, Kinga – 19, Dominika – 15, a najmłodsza – Urszula – 11. Ania pamięta, że mama, owszem, zezwalała jej na pohasanie po okolicy, ale pod warunkiem, że wcześniej młodsze rodzeństwo do snu ukołysze.
- To było nie do zniesienia –mówi. – Przez dwie godziny trzeba było siostry lulać, a spały może z piętnaście minut.
Ale wróćmy do naszej opowieści. Zatem uległa w końcu Ania zachętom koleżanki, a przesądził telefon od trenera. Przekonywał, że nie gryzie, że warto się sprawdzić, że próba nie strzelba. Pojechała na trening do Gorlic i do końca życia nie zapomni słów wypowiedzianych wówczas przez szkoleniowca.
- Jeśli wytrzymasz tempo narzucone przez Violkę, to coś z ciebie w spocie będzie – tak mi powiedział- cytuje z pamięci Ania. – Wytrzymałam to tempo i uwierzyłam, że rzeczywiście mogę zrobić w lekkoatletyce wynik. I proszę, jakby wszystko się sprawdzało.
***
Tomasz Świerzowski uczy wychowania fizycznego w szkole podstawowej w Lipinkach i trzyma przy życiu działający przy niej Ludowy Uczniowski Klub Sportowy. Czyni to, by nie zginęło dzieło zapoczątkowane przez zmarłego przedwcześnie w 2004 r. w wieku zaledwie 37 lat brata Kazimierza, prawdziwego pasjonata królowej sportu, pierwszego trenera Wojny. Dzisiaj Tomasz poszczycić się może kilkoma utytułowanymi wychowankami. O medale podczas mistrzostw Polski w różnych kategoriach wiekowych postarali się Grzesiek Pawłowski, wielokrotnie przywoływana już Viola Kołodziejczyk, a Dominik Bochenek reprezentował Polskę w płotkarskich sprintach podczas mistrzostw Europy juniorów w Kownie, „dorosłego” Pucharu Europy w Annency oraz halowej odmiany tej imprezy w Moskwie. Ale to jest tekst o Ani Wojnie, niech więc trener opowiada o swojej podopiecznej.
- Nie chcę robić z siebie superfachowca, prawda jest jednak taka, że talent Anki dostrzegłem już po pierwszych kontaktach z Nią na stadionie – zapewnia Świerzowski.
- Do tego doszły skromność, pracowitość, właściwe podejście do treningu. Przy takiej okazji pewnie każdy trener powiedziałby o swojej podopiecznej, ale proszę mi wierzyć, że to super dziewczyna. Sympatyczna, koleżeńska, uśmiechnięta, przy tym do przesady skromna. Posiada pierwszą klasę sportową w biegach na 1500, 3000, 5000 i 3000 metrów z przeszkodami.
Ukończyła właśnie studia licencjackie w Uniwersytecie Rzeszowskim i kontynuuje naukę na studiach magisterskich w tej uczelni na kierunku wychowanie fizyczne. Wróżę jej piękną karierę.
***
- Bieganie wyzwala – przekonuje Ania Wojna. –To najlepszy sposób na rozładowanie stresów, uspokojenie nerwów, wyciszenie emocji, odprężenie psychiczne. Uwielbiam tę formę spędzania czasu. Mam przy tym świadomość, że łączę przyjemne z pożytecznym. Bo tak: samej sobie sprawiam frajdę, pracując jednocześnie na medale, splendory, wyjazdy zagraniczne. Czy jako mała dziewczynka ze znanej tylko z cmentarza z pierwszej wojny światowej wioski mogłam marzyć, że będę startowała na światowych stadionach? Nie mogłam i oczywiście nie marzyłam. No to proszę się nie dziwić, że dzisiaj sport, obok rodziny i nauki, nadaje sens mojemu życiu.
Wiemy więc już, że sport jest w bytowaniu dwudziestodwulatki czynnikiem najważniejszym. Najważniejszym, ale przecież nie jedynym.
- Chciałam podjąć po wakacjach pracę w którejś z okolicznych podstawówek – kontynuuje Ania. – Wysłałam swoje CV do placówek w Szalowej, w mojej Łużnej, w Siedliskach. Niestety, nigdzie nie mieli już miejsca dla wuefmenki. W tej sytuacji pozostaje mi się koncentrować na treningach i kontynuowaniu nauki. Chciałabym w przyszłości zostać trenerką, a jeśli się nie powiedzie, to mam w zanadrzu plan B. Polegający na ukończeniu podyplomowych studi…ów odnowy biologicznej i zdobyciu dyplomu fizjoterapeutki. Jedno jest w każdym razie pewne: ze sportem się nie rozstanę.
***
A propos: zagadnięta o lekkoatletyczne ambicje, zawodniczka przyznaje, że nie ma jakiegoś konkretnego wzoru. Kroczy wytyczoną przez siebie i trenera ścieżką, wierząc, że kiedyś dane jej będzie wystąpić na olimpiadzie. Pod tym względem nie różni się od innych sportowców.
- Wywodząca się także z Lipinek Jolanta Wójcik wystartowała niedawno w Pekinie w sztafecie cztery razy 400 metrów. Jeśli jej się powiodło, to dlaczego mi ma się nie udać? Z tej samej ziemi przecież pochodzimy – kojarzy rezolutnie dziewczyna. I przyznaje: - Zdarza się, że dopadają mnie momenty zwątpienia w sens ciężkich treningów. Idę wówczas do pana Tomasza i mówię mu o tym. A on pociesza, dodaje otuchy. Przekonuje, że kiedyś wspólnie będziemy cieszyć się z olimpijskich medali.
***
Cóż jeszcze należałoby o Ani napisać, by jej portret stał się pełny, bardziej panoramiczny? Na pewno to, że jeszcze przed rzeszowskimi studiami ukończyła podstawówkę i gimnazjum w Łużnej, następnie I LO im. Kromera w Gorlicach, gdzie uczęszczała do klasy o profilu sportowym, w której wychowawczynią była Ewa Klimek, nauczycielem wu-efu Janusz Wojdyła (-Wiedział o mojej i Violki pasji, przymykał więc oko gdy uciekałyśmy od żmudnych ćwiczeń, by swobodnie pobiegać).
Że bywa czasem romantyczką, łatwo wzruszającą się przede wszystkim w kinie. Oglądając filmy oparte o fakty, takie chociażby jak Wajdowski „Katyń”, na którym płakała jak bóbr nad losem polskich oficerów. (- Mogą też być melodramaty, albo komedie romantyczne, ale dokumenty najbardziej łapią mnie za gardło).
Że kocha zwierzęta. Najbardziej pieski, a już fioła ma na punkcie półtorarocznego malamuta Budrysa. (- Straszliwie rozrabia, jest nie do opanowania. To prawdziwy psiak-demolka).
Że chętnie słucha muzyki pod każdą postacią. Z wyjątkiem metalu. Tego serdecznie nienawidzi. (- Jest dla mnie zdecydowanie zbyt hałaśliwy, za głośny, natrętny, agresywny. Można powiedzieć, że wyzwala ze instynkty).
No i że nie ma stałego chłopaka, że czeka, aż pojawi się odpowiedni kandydat na narzeczonego. (- Nie musi być przystojniakiem. Wezmę nawet takiego o przeciętnej urodzie, byle wesołego, odpowiedzialnego i tolerancyjnego dla sportowych pasji. No i będzie mnie szczerze kochał).
***
- W dzieciństwie krów nie pasałam, ale raz zdarzyło mi się doić kozę – wspomina Ania.
- I wie pan co? Namęczyłam się przy tym okrutnie, by po całym ceremoniale, wdepnąć w to wiadro pełne utoczonego mleka. Może właśnie to mleko tak cudownie podziałało na moje nogi, że przybieram dzisiaj nimi na bieżni tak sprawnie?
Dziennik Polski
Poszukiwany sponsor !!!
Jeśli ktoś jest zainteresowany sponsoringiem tej jakże utalentowanej zawodniczki bardzo serdecznie prosimy o kontakt w tej sprawie. Pomóżmy Ani rozwijać jej sportowy talent